Toteż siedemdziesięciodwuletni, nie byłem już zaskoczony, gdy przebiegałem ulicę, bo podbiegam, gdy tylko to możliwe, nie zwracając uwagi, co wypada, rozgrzany suchym słońcem na betonie, z moim czarnym plecakiem, wśród niebieskich spalin i w obłoku kurzu, wzbitego przez opony, z cierpkim smakiem spalin na języku, ogłuszony łoskotem warszawskiej ulicy, tak w świat wprasowany, jak to tylko możliwe, do szpiku kości zespolony z pospolitością istnienia - a świat się rozdzielił na mnie i resztę świata.