Ale wobec tego wyłania się pytanie: Skoro finał ziemskiej egzystencji Jana Kowalskiego oznacza tak kosmiczną katastrofę, to dlaczego nie widać i nie słychać żadnych jej znaków i przejawów, to gdzie grzmoty, błyskawice, ryki wiatru, gdzie śmiertelne konwulsje górskich łańcuchów, gdzie śmiercionośne fale wszechpotopu, gdzie eksplozje gwiezdnych układów i galaktyk, to dlaczego Jan Kowalski odchodzi tak po angielsku, cichcem, chyłkiem, jak by nic się nie stało?