Do stolicy Brazylii dotarło pod koniec ubiegłego tygodnia po długiej wędrówce około dwóch tysięcy bezrolnych chłopów. Ruch Bezrolnych zyskuje w Brazylii coraz większe poparcie. Brazylijczyków opowiada się za przeprowadzeniem reformy rolnej. Uczestnicy marszu żądali ziemi i sprawiedliwości. 4,8 mln rodzin na wsiach nie ma ziemi, podczas gdy 182 mln ha gruntów, należących do kilku wielkich właścicieli, leży odłogiem. Do tragedii, która wstrząsnęła nie tylko brazylijską opinią publiczną, doszło 17 kwietnia ub.r. w Amazonii. Dla prezydenta, który w przyszłym roku ma zamiar ponownie ubiegać się o najwyższy urząd, marsz chłopów do Brasilii stanowił największe wyzwanie od objęcia przez niego władzy w styczniu 1995 roku. Przekształcając finał marszu wieśniaków w wielką manifestację na rzecz reformy rolnej i sprawiedliwości społecznej, PT pokazała jednak, że jest zdolna zmobilizować masy. Prezydent nie mógł sobie pozwolić na zignorowanie marszu. Rząd uważa, że problem reformy rolnej to przede wszystkim kwestia inwestycji. Cardoso twierdzi, że jego rząd zrobił więcej dla reformy rolnej niż jakikolwiek inny w historii. Cardoso wyklucza możliwość radykalnego przyspieszenia reformy. Ruch Bezrolnych określa te zmiany jako kosmetyczne. Przywódca MST, Joao Pedro Stedile, zapowiedział, że bezrolni będą nadal zajmować nieużytki i zamieniać je w pola uprawne, zamiast czekać na program rządu, który traktuje reformę rolną jako "akt hojności". Ziemi potrzebuje 4,8 mln rodzin, które nie mogą czekać latami na zmiłowanie rządu. Wywodzący się z Kościoła katolickiego Ruch Bezrolnych powstał w roku 1985 w najbardziej wysuniętym na południe stanie Rio Grande do Sul, uważanym za kolebkę brazylijskiej lewicy. Specjalnością ruchu jest zajmowanie leżących odłogiem gruntów, niekiedy siłą. Od 1985 roku MST pomógł uzyskać ziemię 140 tys. rodzin. Ruch Bezrolnych cieszy się także poparciem Kościoła katolickiego, który zamierza nawet zrzec się części swych posiadłości na rzecz reformy rolnej.