Kazimierz Kutz o Tadeuszu Łomnickim w dziesiątą rocznicę śmierci aktora
Łomnicki z wrażenia przestał grać, a całą złość na siebie dość brutalnie wyładował na mnie.
Spotkaliśmy się po latach, kiedy Tadeusz zaprosił mnie do reżyserowania w Teatrze Na Woli "Przedstawienia «Hamleta» we wsi Głucha Dolna", tragedii ma motywach Szekspira o kacyku rządzącym jugosłowiańską wioską.
Łomnicki bał się.
Na dobrą sprawę jako reżyser nie mogłem aktorom powiedzieć, o czym ten tekst jest.
Aż któregoś dnia przyłapałem Tadeusza kompletnie nieprzygotowanego do próby.
"To ma być wielki aktor, wasz nauczyciel, a zrywa próby we własnym teatrze?
Po próbie specjalnie nie wróciłem do hotelu, tylko poszedłem spać do kolegi, żeby Tadeusz nie mógł mnie znaleźć.
To cały Łomnicki!
"Tak mi się zdawało, Tadeusz.
". Na te słowa Łomnicki czmychnął za drzwi.
Tadeusz zawsze grał na 100 procent, ale dopiero podczas tego wieczoru zobaczyłem, czym może być teatr z wielkim aktorem.
Grał w natchnieniu, jakiego jeszcze nie widziałem, bo chciał zadowolić kolegów.
W czasach Teatru Na Woli widziałem też, jak Łomnicki buduje swój kolejny dom.
Byliśmy w wielkiej przyjaźni, więc mogłem sobie pozwolić na przekomarzanki z Tadeuszem o jego partyjnej karierze.
Jurek w ostatniej chwili wziął zastępstwo za Janusza Gajosa, uczył się tekstu nocą, no i bał się Łomnickiego i odpowiedzialności.
Starał się go ukryć, ale Tadeusz zauważył.
Kiedy po dwóch dniach Trela zaczął dobrze czuć się w roli Stalina, Tadeusz poprosił mnie na bok i wyszeptał: "Kaziu, ja się go boję.
Lindsay Anderson, jego przyjaciel, powiedział komuś, że Tadeusz był wielkością absolutną, ale pod koniec życia nieco przeintelektualizowaną, co zaczęło mu wadzić w aktorstwie.
Jak każdy wielki aktor potrzebował wskazówek reżysera bardziej niż debiutant.
Tadeusz pojawił się z garderoby, z walizeczką w dłoni.