- Może.

Wstał i począł spacerować po komnacie. Deski podłogi skrzypiały pod jego nogami, to skrzypienie przypomniało mu opowieść Ojczulka Adama o dwóch pestkach, które wędrowcowi ocalonemu od burzy podarowała staruszka o głosie jak skrzyp nadłamanej gałęzi w wietrzny dzień.

Podejrzliwie spojrzał na siedzącą przy wielkim stole Poetkę. Nie patrzyła na niego, ale odwróciła głowę, gdy tylko poczuła jego wzrok. Było to spojrzenie rozświetlone myślami, nieobecne, a przez to trochę obce, obce w jej twarzy. Bo już wiedział, dlaczego te oczy wydawały mu się znajome: światło nadało przejrzystości jesiennym barwom, stara kobieta o włosach jak poświata patrzyła na niego oczami białowłosej dziewczyny.

Zatrzymał się raptownie i zdał sobie sprawę, że musiał patrzeć wrogo, bo zapytała.

- Jesteś zły?

- Nie - zaprzeczył. - Nie, albo może i jestem. Na siebie. Za swoją wyobraźnię.

- Nie potrafisz niczego przyjmować po prostu.

- Nie potrafię uwierzyć, że coś może być jednoznaczne. Tutaj w Paradisie ludzie nie mają wyobraźni. Żyją. Po prostu żyją. A ty, ty musisz mieć wyobraźnię! Jesteś Poetką. Po co tutaj Poetki? Dla kogo właściwie piszesz? Dla siebie samej?

- Piszę dla nich. Jestem im potrzebna właśnie dlatego, że nie dostaje im wyobraźni. A lubią śpiewać pieśni w czasie świąt. Skąd by je wzięli, gdyby mnie nie było?

