Powiedziałem, że mam w dupie ich składki i że do jasnej cholery nie życzę sobie...

Pani X nie życzyła sobie z kolei, bym się wydzierał, klął i uderzał dłonią w biurko.

Przeprosiłem.

Pani X powiedziała, że nic nie szkodzi, każdemu się zdarza unieść.

Poza tym, żebym zrozumiał, że ona niewiele może.

Zapytałem się kto może.

Prezes.

A gdzie on jest?

Pan jest prezesem. Co prawda honorowym, ale zawsze.

Znaczy, że mogę się sam wykreślić z listy członków?

Dopiero gdy znajdę prezesa na swoje miejsce i zarząd się na to zgodzi.

Poddałem się.

Zapłaciłem składki i wróciłem do domu.

Położyłem się na kanapie i przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wziąłem książkę teleadresową i podrzuciłem do góry. Otworzyła się. Rzuciłem w nią długopisem. Pojawiła się kropka. Józef Opyszczacki. Nie wiem kto zacz, ale ciekawe, co zrobi, zostawszy prezesem...

Nadciągnął najdłuższy weekend nowożytnej Europy. Bez końca poświęciliśmy się wybijaniu własnych ciał z codziennego rytmu, w jaki wpadliśmy przez ostatnie miesiące. Badania nad bezsennością, działaniem uderzeniowej dawki THC, podawanej zaraz po otwarciu oczu, kresem wytrzymałości drgających mięśni i tysiącami innych objawów psychosomatycznych, pochłonęły nas na tyle, że nie wiadomo kiedy przeskoczyliśmy półmetek. Wieczory spędzane na ciepłym bruku niewielkiego placu zaczęły zlewać się w jedno wielkie, kuliste nieróbstwo, które dusiło nieco każdego następnego poranka. Przynajmniej do podania pierwszej, delikatnej dawki któregoś z ogólnie dostępnych znieczulaczy.

