W Afryce sytuacje były względnie klarowne: tam rola partii -awangardy klasy robotniczej była żadna, gdyż klasa robotnicza na ogół nie istniała. Ogromna większość państw po prostu dostała "flagową" niepodległość od byłych kolonialistów, a następnie ogłaszała rozmaite socjalizmy z przymiotnikami, maskujące etatystyczną oligarchię. Tam, gdzie były powstania wyzwoleńcze, doszło do radykalizacji imitującej realsocjalizm (Algieria, kolonie portugalskie) i podobne zjawiska zaszły tam, gdzie szczególnie zmurszały był stary reżim (Libia, Etiopia). Jest natomiast wątpliwe, czy gdziekolwiek (poza Algierią) powstania te odniosłyby triumf, gdyby nie pomoc internacjonalistyczna, zwłaszcza Kuby.

Tejże Kuby, której rewolucjoniści krajów latynoskich zarzucali oburzającą bierność, albowiem nie wspomogła powstania FALN w Wenezueli ani FAR w Gwatemali, ani MIR i ELN w Peru, ani rewolty Carlosa Marighelli i żadnych innych zrywów rewolucyjnych w Brazylii, ani nawet wyprawy Che Guevary do Boliwii. Przywódca FALN, Douglas Bravo, szczególnie namiętnie atakował Fidela Castro, podpowiadając mu nawet, ażeby przyjął strategię Simona Bolivara i nie wahał się w razie czego opuścić już wyzwolonego terytorium Kuby - by walczyć na innych terenach. W traktacie Poprawki taktyczne czy strategiczne pisał:

"Jesteśmy pewni, że strata terytorium kubańskiego w szczególnych okolicznościach walki miałaby za skutek rozprzestrzenienie się w całej Ameryce najlepszych sił Kuby, jej najlepszych wojsk, jej przywódców, jej najskuteczniejszych wysiłków, ażeby wzmocnić walkę - i że nie chodziłoby wtedy o odrębne cele rewolucji kubańskiej, lecz o rewolucję kontynentalną".

