Najstarszy dom w Vikdalen, jasny, z drewnianymi krużgankami, miał trzy poziomy, wysokie pokoje i żyrandole stylizowane na kandelabry. Przestrzeń zawadzała mieszkańcom; oswajali ją nieudolnie, czego dowodem była ustawiona w przedpokoju donica z palmą, która sięgała sufitu – kalifornijski akcent w szwedzkim domu, wyeksponowany za pomocą szklanej tafli otaczającej wejściowe drzwi, tak by przedpokój był widoczny z zewnątrz.

Podmurówka domu była biała, pocętkowana połyskującymi kreskami – to spacerujące po ścianie winniczki zostawiały po sobie smugi zaschniętego śluzu. Joaquinowi Carnelowi robiło się od tego niedobrze, ale Bob zaprzągł i jego do cowieczornego rytuału, który wprowadził po powrocie z Gotlandii: zbierania ślimaków do wiader. Krążyli po zmroku we czwórkę z latarkami i odrywali od ścian tłuste, czarne ciała. Chłopiec nie chciał ich dotykać nawet w gumowych rękawiczkach, więc Przystupa pokazała mu, jak poruszyć ślimaka patykiem, żeby zwinął się i sam wpadł do kubła.

Dom był magnesem dla winniczków, które czepiały się chropawej ściany podmurówki, właziły na siebie, produkowały jeszcze więcej śluzu i wzajemnie strącały się w trawę, dlatego przed północą zbierający zapełniali co najmniej dwa kubły wijącymi się ciałami. Bob zamierzał używać ich jako przynęty do łowienia ryb, ale rano kubły tak śmierdziały gnijącymi w słońcu ślimakami, że musiał wyrzucać zawartość do pobliskiego jeziora. Czasami znajdował je puste, bo nocny wiatr odchylał zamknięcie, pozwalając rozleźć się wyzbieranym.

Po wieczornym rytuale ślimakowym Joaquin Carnel szedł spać (budził się z krzykiem na chwilę przed połknięciem przez megawinniczka), Bob z Gun wypijali po lampce wina przed telewizorem, a Przystupa czekała w kuchni na kieliszki ( kiedyś poszła spać, nie umywszy ich, i dostała ostrą reprymendę).

