Jak pan trafił na ten repertuar?

Przyjechałem po raz pierwszy do Polski na zaproszenie Elżbiety Pendereckiej, grałem koncert Elgara w Filharmonii Narodowej. Kiedy po występie wyszedłem już na ulicę i zmierzałem do samochodu, podszedł jakiś człowiek i powiedział: "Gra pan muzykę romantyczną, niech pan posłucha tego, to będzie w sam raz dla pana". I wręczył mi płytę z koncertem Młynarskiego w wykonaniu Konstantego Kulki. Płyta zapodziała mi się gdzieś w domu, ale parę lat później znalazłem ją, przesłuchałem i pomyślałem: muszę to zagrać! Trudno było znaleźć nuty, bo utwór nie był drukowany, ale się udało. Potem jeszcze podpowiedziano mi Karłowicza. To bardzo różne koncerty, każdy z kompozytorów szukał czegoś innego: Młynarski był dumny z tradycji związanej z dziedzictwem chopinowskim, a Karłowicz chciał tworzyć w duchu środkowoeuropejskim. Ale oba utwory są bardzo polskie, w obu słychać też wpływ muzyki góralskiej.

Zna pan już polskie klimaty po tylu latach bliskich kontaktów?

To prawda, spędzam tu wiele czasu, zwłaszcza w Zakopanem.

Podobno chce pan wybudować dom w Jaworkach koło Szczawnicy?

To piękna okolica, nieskażona cywilizacją, prawie bez turystów. Działa tam wspaniała społeczność muzyków, mam wśród nich wielu dobrych przyjaciół.

Po nagraniu wyrusza pan w trasę koncertową, ale tym razem jazzową. Z jakim zespołem?

Z polskim. Mam fantastyczną grupę młodych ludzi z Krakowa: Paweł Dobrowolski, Adam Kowalewski, Piotrek Wyleżoł z zespołu Jarka Śmietany i Tomasz Grzegorski z Warszawy.

