W mieście uważają, że na wsi łatwiej się bronić, bo ludzie walczą o swoje, łatwiej podać rękę sąsiadowi zza płotu niż z parteru bloku, gdy samemu mieszka się na dziesiątym piętrze.

- Są tu wsie, które, jak tylko trochę zeszła woda, słały do księdza Kondzieli delegacje o pomoc, bo sami nie zrobili nic - odrzekną w Sławicach. - Obrona nie zależy od bloku i piętra, ale od ludzi.

- Bo u nas ludzie tacy - wyjaśnia wójt Juszczak - że zawsze ktoś znajdzie się na miejscu, żeby pokierować. W Sławicach ksiądz Kondziela, gdzie indziej sołtys.

Po chwili dodaje: - Pan policzy, ile w Sławicach organizacji. Straż pożarna - raz, koło mniejszości niemieckiej - dwa, kobiety, które przychodzą pomagać do Caritasu, Bóg wie, co jeszcze. Pieniędzy nie było, a dawałem choć trochę, żeby przetrwały Ludowe Zespoły Sportowe. Tu ludzie potrafią razem.

To, o czym opowiada wójt Ludwik Juszczak, socjologowie nazywają społeczeństwem obywatelskim.

Tuba proboszcza

Jak ustał nurt, wtedy od najniżej położonych gospodarstw Sławic zaczęły się piesze wędrówki. Ludzie z kijami w dłoniach, z tobołkami ocalałego dobytku szli przez brunatne bajoro tam, gdzie nie dotarła woda. W pierwszych suchych wsiach obcy dawali chleb, prosili na obiad, użyczali dachu nad głową. Jak kto prowadził krowę, znalazło się miejsce i dla krowy.

