W zimie 1983 r. koparki zniknęły z wyrobisk, wygaszono trzy gigantyczne piece obrotowe do prażenia rudy i piec łukowo-elektryczny do wytopu żelazoniklu.

Przez prawie rok załoga niewiele miała do roboty. Czasem uruchamiano obrabiarki, by wykonać zlecenia z innych zakładów. W 1984 r. do Polski przyszła moda na magnez: w pigułkach miał wzmacniać ludzi, jako dodatek do nawozów miał sprawić, że marchew będzie rosła jak na drożdżach.

W Hucie Szklary zaczęto przerabiać dolomit na nawóz tlenkowo-magnezowy. Znów uruchomiono piec obrotowy. Przyszłość rysowała się różowo.

Do produkcji dopłacało Ministerstwo Rolnictwa - cena tony nawozu była w sklepie siedem razy niższa niż koszt jej wyprodukowania. Ale w tamtych czasach na takie rzeczy nie zwracano uwagi. Niewielu także zaprzątało sobie głowy warunkami pracy. A inspektor Ligięza alarmował: - Średnio raz w roku wydawałem nakaz wstrzymania produkcji ze względu na olbrzymie zapylenie; przekraczało normę trzy do czterech razy. Pył z obróbki dolomitu jest mniej groźny niż azbest - można go wykrztusić. Ale w połączeniu z nim daje mieszankę wybuchową.

Francuskie uczone pisały: "Czas ujawnienia się pylicy azbestowej jest długi, średnio 15-20 lat; jej rozwój jest powolny i nieodwracalny, a zaprzestanie przebywania w środowisku skażonym azbestem nie zatrzymuje choroby" .

W dachach, w ziemi, w lesie

W 1983 r. stwierdzono w Szklarach 60 zachorowań na pylicę azbestową, rok później kolejne 40. W dziesięć lat po zaprzestaniu eksploatacji złóż niklu, w 1991 r., na azbestozę zapadło 42 pracowników.

