Podczas rewizji w walizce i sienniku Adamca znaleziono nie tylko większe ilości prowiantu, ale także pełne współczucia listy od mamy i pokaźny zapas prezerwatyw.

- Popatrzcie tylko, towarzysze, kto tu przyjechał z nami na obóz i jakie przywiózł z sobą materiały do szkolenia? - wołał na apelu nasz chudy jak patyk kierownik, którego nazywaliśmy Dzierżyńskim.

Zebraliśmy się nad urwiskiem, żeby zgotować Adamcowi odpowiednie pożegnanie. Kiedy ukazał się w dole, idąc wzdłuż potoku, Dzierżyński dał nam znak i jak jeden mąż zawyliśmy:

- Uuuuuu, uuuuuuu!

Adamiec spojrzał w górę, a potem opuścił głowę i przyspieszył kroku. W tej samej chwili ukazała się stara góralka, która żwawo podążała za nim z wielką walizką na karku. Na ten widok zawyliśmy jeszcze głośniej, nie czekając już nawet na znak naszego Dzierżyńskiego. Adamiec jeszcze bardziej przyspieszył kroku i starowina ledwo mogła za nim nadążyć.

- Patrzcie go, panicza! - zawołał Dzierżyński.

- Zabierz od niej walizkę, ty byku!

- Wstyd, wstyd!

Adamiec zatrzymał się i próbował zabrać od góralki swoją walizkę, ale stara nie chciała mu oddać. Adamiec rozłożył ręce, żeby pokazać, że nic nie może poradzić, i chciał iść dalej, ale zawyliśmy znowu tak głośno, że znowu się musiał zatrzymać. Zastąpił góralce drogę, ale uparta staruszka zręcznie go wyminęła i pruła naprzód, cała przykryta jego wielką walizą.

