Zdaniem rządu, to wszystko pozwoli w efekcie na wznowienie produkcji statków przez nowe podmioty i zachowanie miejsc pracy. Żadnych gwarancji jednak na to nie ma. Potencjalni inwestorzy nie będą do niczego zobowiązani. Równie dobrze mogą zrównać z ziemią zakupioną część stoczni i postawić na tym miejscu np. budynki użyteczności publicznej.

Alternatywą dla specustawy jest postawienie stoczni w stan upadłości. Sąd i wyznaczony przez niego syndyk również jednak nie zagwarantują uratowania stoczni, zachowania produkcji statków i miejsc pracy. Nie takie jest zresztą zadanie syndyka. W dodatku nikt, żadna strona społeczna, nie będzie miał wpływu na jego poczynania ani też nie będzie go można - jako przedstawiciela niezawisłego sądu – z nich rozliczyć. Natomiast dzięki specustawie minister skarbu zachowuje kontrolę nad sprzedażą stoczniowego majątku i – co najważniejsze – bierze za to całkowitą odpowiedzialność. Parlament i partnerzy społeczni (stoczniowe związki zawodowe poparły specustawę), będą mu patrzyć na ręce i rozliczać z obietnic.

Trzeciego wyjścia nie ma, bo Komisja Europejska uznała, że pomoc publiczna udzielona stoczniom w Gdyni i Szczecinie jest niezgodna ze wspólnym rynkiem. Jednocześnie zobowiązała polski rząd do odzyskania tej pomocy, wraz z odsetkami. Mamy na to czas do 6 czerwca 2009 roku.

Polska powinna nadal budować statki, ponieważ to potrafi. Nasz przemysł stoczniowy ma dobrą markę w świecie. Mamy świetnych fachowców – inżynierów, techników. Byłoby wielkim błędem i grzechem zmarnować ten potencjał. Nie można też zapominać, że upadek stoczni pociągnąłby za sobą bankructwo wielu kooperujących z nim zakładów, a tym samym utratę kilkudziesięciu tysięcy miejsc pracy.

