Po Nowym Roku plac przed pałacem tak zawaliły spalone czołgi i wozy pancerne, że nie sposób było chodzić. Wszędzie leżały sterty rosyjskich trupów.

– Nie wiem, ile ich mogło być, tysiące. W kilka dni wystrzelaliśmy w Groznym całą rosyjską armię. Mówiliśmy im, żeby zabrali swoje trupy, bo psy łażą po ulicach i pożerają zwłoki. Posmakowały ludzkiego mięsa, już nie uciekały z podkulonymi ogonami, patrzyły na ludzi jak na łowną zwierzynę. Musieliśmy je potem wybijać, żeby całymi watahami nie atakowały przechodniów.

Dziewiętnastego stycznia dziewięćdziesiątego piątego, o świcie, Czeczeni postanowili nie bronić dłużej pałacu prezydenckiego. Po prawie trzech tygodniach nieustannych bombardowań był już tak zniszczony, że przebywanie w nim groziło śmiercią. Ciężkie bomby, przystosowane do niszczenia betonowych bunkrów i pasów startowych na lotniskach, wypatroszyły od środka kilkunastopiętrowy budynek, z którego pozostały tylko opalone i pogruchotane kikuty murów. Bomby przelatywały przez kondygnacje jak ciskane z góry kamienie i wybuchały coraz głębiej w ukrytych pod ziemią piwnicach. Nie było już czego bronić.

– Nocą nasz dowódca, Ałman, został wezwany na naradę do pałacu. Wrócił i powiedział, że się wycofujemy.

Zrobiło się ciemno, twarz Mansura wyłaniała się z mroku, oświetlana reflektorami mijających nas samochodów.

– Mówił jeszcze, że prezydent prosił, żeby się nie martwić, bo jego pałac to tylko budynek, taki sam jak inne, tylko trochę wyższy. I że w Czeczenii każda chałupa jest pałacem prezydenta.

