Pojutrze - wyszeptał niepewnie, a Beny kaszlnął.

Już?! - zapytałem.

I co teraz? - Beny uniósł wzrok.

Będę przepisywał jakieś artykuły w „The Sun”.

Nie wierzę... Nie dość, że każą ci pracować tak nagle, za- granicą w dodatku, to żeby cię dobić, wysyłają cię do szmatławca, którym wstyd się podetrzeć!

Hej, spokojnie! Może... może oni maja rację, co?

W jakim sensie? - spytałem.

No, z tą pracą i w ogóle - wyraźnie stresowały go jego własne słowa - że... może już pora...

Już pora dorosnąć, tak? Tak to określają i to chciałeś powiedzieć...

Szybko wstałem z miejsca, uderzając przy tym w górną część łóżka. Zmierzyłem go karcącym spojrzeniem, które wyraźnie go przybiło. W sumie nie miałem tego na celu. Tak sądzę.

Jeśli nawet, to niby po co? Żeby się temu wszystkiemu poddać?!

Maciej - nazwał mnie po imieniu po raz pierwszy naprawdę od dawna - to już się nie uda. Dłużej to nie potrwa.

Chcesz się przekonać?

Beny patrzył na nas w milczeniu. Gdy spojrzałem na niego, wzdrygnął się i cofnął w pościeli pod ścianę.

Nie. Nie chcę. Normalnie żyć chcę...

Taa, ja też. Normalnie, czyli nie martwiąc się o wysokość wypłaty, która cała pójdzie na rachunki i o całe to gówno.

