- Może pan nie mówić, ale milczenie nic panu nie pomoże. Wiemy o panu prawie wszystko, a reszty niedługo się dowiemy. Mogę tu przychodzić tygodniami i miesiącami. Między nami są dwie różnice. Pierwsza - mnie za to płacą, a panu nie. I druga - ja po czwartej stąd wyjdę, a pan będzie dalej siedział. Wyjdę na wolność. No, na razie na drugi koniec Rakowieckiej.

Niczego pan w tym kraju nie zmieni. Ni-cze-go. Gwa-ran-tu-ję. Proszę pana, wymyślić jakąś doktrynę lub napisać dramat to żaden problem. Główkuję, siadam i piszę. Ale robotnik nie ma czasu na takie głupstwa. Musi ciężko pracować. A normy są wyżyłowane.

Tylko dla inteligenta takiego jak pan wszystko prosto wygląda.

Kijem Wisły pan nie zawróci. Rewolucji żadnej pan tu nie zrobi. Po to potrzeba bardzo dużego kija. Bar-dzo du-że-go!

- Kto to mówi? - zapytał Frank.

Siedzieli po zacienionej stronie placu. Arkady na wprost zalane były słońcem. Odruchowo mrużył oczy, patrząc na swojego rozmówcę.

- Śledczy w areszcie, żeby złamać milczenie więźnia.

W tym miejscu Frank przerwał lekturę. Tekst otrzymał dzisiejszą pocztą. Nazwisko nadawcy oraz adres nic mu nie mówiły. Na odwrocie strony tytułowej znalazł zastrzeżenie, które każdy prawnik zaleca autorom piszącym z myślą o współczesnych. Paczka nie zawierała żadnego listu wyjaśniającego, tylko notarialną zgodę dla Franka Warninga na adaptację.

