Skarżyłam mu się na to, bo myślałam, że nie wie.

– Płacze, bo malutki – mówię zgodnie, żeby dać znać, że rozumiem.

– O, a nosek taki śliczny, brązowy. Pierwszy raz taki widzę u pieska. I rośnie! Bawi się, obgryza. Cały czas trzeba by się nim zajmować. Nawet w nocy, jak śpi, to się chce przytulić. A najlepiej, jak dotyka głową.

– A, to zupełnie tak jak moja córeczka.

Brązowymi oczyma patrzy na mnie. Ufnie. Ogonek zakręcony, jak to u kundelka. Nie da się ukryć: pies, syn psa, a nawet więcej: sukinsyn (czyli zrodzony przez sukę). A jednak – to dziecko.

Koty

Ta kobieta rozpromienia się na mój widok i wyciąga z torebki album ze zdjęciami:

– Chce pani zobaczyć moje koty?

Nie czeka na odpowiedź, rozkłada. To kot. A tu oto kot w kwiatach. Kot łaciaty. Kot na trawie. I kot do niej przytulony. Dwie mordki: kocia i ludzka, podobne. Dalej – razem oba koty. Kot czarny. Jeszcze raz łaciaty. Kot, kot niewątpliwie.

Kiwam głową: no, tak, tak, ano, widzę. To koty.

Wiem, że jest zawiedziona. Ale cóż mogę poradzić. Kot to nie wygląd, kot ma dotyk. Trudno mi wykrzesać więcej entuzjazmu, bo jest tu pewien dysonans. Nie wyjmę przecież z torby fotografii moich dzieci i nie każę się nimi zachwycać. Owszem, noszę zdjęcia, ale jakoś nie podtykam.

