- Dziś za wszystko trzeba płacić…- tłumaczył niewypłacalnemu klientowi na odchodne, gdy ten z trzaskiem zamykał drzwi ozdobione wielkim logo przedstawiającym czarną tarczę ze skrzyżowanymi mieczem i pałką oraz z czerwonym napisem „Ochraniane przez SOLID”.

Zenkowi nie było ani do płaczu ani do gniewu, tylko trochę niesmacznie, bo czuł już w ustach rosół bez włoszczyzny, a szczególnie bez tej gorącej, rozpływającej się w ustach słodkiej marchewki, niezależnie już od tego, czy była zdrowa, polska, czy podtruta metalami ciężkimi, genetycznie modyfikowana, europejska. Jedno co miał w domu z warzyw to cebulę, ale sama cebula w rosole, choć też jest smaczna i najdłużej utrzymuje ciepło, (wiadomo: ubrać się na cebulę), nie wystarczy, aby uczynić jego samotną niedzielę radosną.

Miał swego czasu, no, czasu unormowanego, w PRL-u, żonę, która dzieliła z nim wszelkie radości i smutki, bo nie miała wtedy innego wyjścia, a teraz, w dobie wolności znalazła sobie bardziej perspektywiczny obiekt swoich wyładowań seksualnych i niespełnień materialnych.

W pewnym momencie wzrok Zenona padł na szyld wiszący na kamienicy, obok której przechodził. „Administracja Domów Miejskich. Biuro Obsługi Mieszkańców”.

Tak, to ci, u których mieszkał i którzy również z policyjną bezwzględnością francuską egzekwowali od niego czynsz. (Raz nawet musiał pisać rzewne, powołując się na solidarnościowe zasługi i komunistyczne krzywdy, podanie o przywrócenie prawa do zasiedlenia lokalu sublokatorskiego o powierzchni piętnastu metrów kwadratowych, z tego powierzchni użytkowej tylko osiem, na dotychczasowych warunkach, bo w wyniku zaległości czynszowych, odebrano mu to prawo). Zenon, nie bez pewnego wahania, wkroczył do tego biura i udając, że szuka w długich, krętych, błyszczących lakierem i laminatem korytarzach, właściwego pokoju, dotarł do ubikacji.

