- Czekaj, czekaj! Skoro o to zapytała, to znaczy, że ma wobec ciebie poważne zamiary. Być może nawet cię kocha.

- Być może.

- Robert, jeśli ona cię kocha i ty ją też, to...

-...to czemu mnie straszy?! - Rozcapierzył ręce i puścił drążek. - O mało zawału nie dostałem! Zrobi ła kolację i podała ruskiego szampana! Cedziłem przez zęby, bo bałem się udławić pierścionkiem zaręczyno wym.

- Jakim znów pierścionkiem?

- A niby gdzie miałby być, jak nie w kieliszku? Pod poduszką?

Położyła mu pocieszająco rękę na ramieniu. Przechylił głowę i na moment dotknął policzkiem wierzchu jej dłoni. Miał miękki, kilkudniowy zarost. Szybko cofnęła rękę.

- „Józef Tkaczuk"? - mruknął Robert, odwraca jąc się w stronę wyjścia. - Skądś znam gościa.

Wysiedli i poszli do klatki Hanki. Weszli na górę i stanęli pod drzwiami. Grzebała w torbie, szuka jąc kluczy, gdy zamek szczęknął, drzwi uchyliły się na długość łańcucha, a po chwili na progu ukazała się matka.

- Wejdźcie, wejdźcie! - uśmiechnęła się, zapra szając do środka szerokim gestem.

Hanka zamrugała. Matka w fartuchu z falbanka mi i nowych kapciach na koturnie, obiadowe zapachy dochodzące z wnętrza mieszkania... Przez chwilę mia ła ochotę wziąć Roberta za rękę i zbiec z nim po scho dach. Opanowała się, wytarła buty o wycieraczkę i we szła do środka.

