– To po cóżeś tak zwiewał od bolszewików? Tam też nie ma prawdy. Nigdzie dziś nie ma prawdy, ni w sądzie, ni u popa, ni u własnej żony.

– W cerkwi postoisz, to jeszcze jest prawda.

– A dajcie spokój, wuju, jak wy w cerkwi widzicie prawdę. O zobaczcie, pop z Folwark zgarnął tyle pieniędzy, bo był ten cud z ikoną, wszystkie pieniądze, które ludzie nieśli na ikonę, zabrał.

– No, ale widzisz. Widzisz, co się z nim stało. Zmarł. Znaczy się, jest jakaś sprawiedliwość.

– I ty umrzesz, i ja umrę. I to jest jedyna sprawiedliwość, że wszystkim nam wystarczą cztery deski. I wszystkich, biednych i bogatych, to samo czeka, ta sama prawda.

– Prawda jest w Piśmie Świętym. Powiedziane jest: poślę Syna Człowieczego, żeby zbawił świat. I to nas niebawem czeka.

Pod cerkwią, usiadłszy na starej, zgrzebnej płachcie, Hapka starowinka śpiewa co niedzielę swą dziwną pieśń:

Bacznie obserwowano znaki na niebie i ziemi i mówiono o nich w niedzielę przed cerkwią, gdy baciuszka celebrował tajemnicę Przeistoczenia. Za chwilę wyjdzie z zakrystii, rozsunie zasłonę, otworzy carskie wrota i objawi światu najbardziej pocieszającą wieść: żywy Bóg jest wśród nas w widzialnym ciele eucharystii. Jesteśmy zbawieni. Ale na razie lud po swojemu komentuje nieskończoność.

