"Jak się pan dziś miewa?" – Epiphany, jamajska pielęgniarka Pyta Johna Lesniaka, osiemdziesięcioletniego Sklerotyka Z przetrąconym kręgosłupem, cukrzycą, rakiem Pęcherza i setką Pomniejszych chorób. "Jak się miewam? Wprost wspaniale… Gdybyś mogła, dziecinko, zerknąć

Co to za okropna plama wyskoczyła mi wczoraj Na kolanie…" "Lama? Niemożliwe!" "Plama, plama Kochanie…" "Ach tutaj – nic takiego super, zwykłe podtarcie. Torbiel Na mocz, którą pan nosi, podciera skórę. Jak wysmarujemy kremem, Zaraz zacznie się golić." Biedny John Lesniak siorbie

Nosem, duma i mówi skrzeczącym sopranem: "Co ja to chciałem… W każdym razie, dobrze, że moje kolano Jest całe…" Zostawiam ich w pokoju i wychodzę na werandę w objęcia Ciepłego listopada. Pracuję tu miesiąc, a nie znam nazwy tego drzewa, które rośnie Przed domem. Zresztą, nic by nie pomogło, nawet gdybym mu ją nadał.

Zaczarowani melodią słów, raz usłyszaną w ogrodzie dzieciństwa, [brniemy Przez nieludzki labirynt świata… Jeszcze chwilę tak marudzę, Po czym, usłyszawszy wołanie staruszka, biegnę do pokoju. [Muszę go ubrać I podsadzić na wózek. "Wie pan," – zwraca się do mnie, "Ta pielęgniarka, aż mi skoczyło ciśnienie, bo w sumie…" Kładę mu dłoń na ramieniu i jak rozpaczliwą modlitwę powtarzam: "Rozumiem… rozumiem…"

