Rolnicze dopłaty stały się także argumentem w sporze organizacji rolniczych z rządem w sprawie reformy składek KRUS. Dzisiaj rolnicy płacą jedną dziesiątą tego, co płaci ubezpieczony w ZUS (213 zł kwartalnie w KRUS i 700 zł miesięcznie w ZUS). Rząd zaproponował więc, że rolnicy, którzy mają gospodarstwa poniżej 3 ha, będą płacić 40 proc. najniższej emerytury (dzisiaj 562 zł), od 3 do 5 ha - 45 proc., ponad 5-hektarowcy 45 proc. plus 3 proc. za każdy dodatkowy hektar.

"To jest próba łatania dziury budżetowej kosztem rolników" - skrytykował projekt Władysław Serafin, prezes Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych. "Skutek jest taki, że rolnicy, którzy dostaną pieniądze z dopłat na unowocześnienie gospodarki, będą je musieli oddać na ubezpieczenie".

Od dopłat nie płaci się żadnych podatków. Są to więc pieniądze święte, bo nietykalne.

Przywódcy chłopscy straszyli chłopa Unią; zaleje nas ona swoją dotowaną żywnością, dopłat nie będzie, bo widział kto, żeby cokolwiek dawali za darmo? Z torbami pójdziecie. Jednak ceny skupu wzrosły, dopłaty ruszyły, wieś złapała oddech. Czy te pieniądze podtrzymają skansen, czy też na rynku zostaną najlepsi producenci żywności? Idea jest taka, żeby w ciągu kilku lat zostało w Polsce 400-500 tys. gospodarstw. Kwitnących, produkujących zdrową żywność, ale - nowocześnie. Czy to może się udać?

