Nie tylko do pisarzy pani Irena miała szczęście. Doczekała się również biografa. Cztery lata temu Roman Dziewoński zdokumentował jej życie ("Irena Kwiatkowska i znani sprawcy", Muza). Czego nie wiedziałem, a co pomaga zrozumieć fenomen nieustającej gry z losem aktorki, której przyszło walczyć o swoje miejsce w czasach mało mających wspólnego z latami spokojnego słońca: jeśli już na horyzoncie pojawiło się słoneczko, to z wąsami, porażające swoim blaskiem. Skąd wziął się ten pracujący na pełnych obrotach motor ambicji? Teatr, a szczególnie jego kuzyn kabaret umożliwiał awans społeczny i towarzyski, wyjście z biedy, przeprowadzenie się do pięknych dzielnic, świata kawiarnianych stolików zarezerwowanych dla Wielkich i Sławnych, tańców na wirujących parkietach w Adrii, zakupów delikatesów u Hirschfelda. Nie mając warunków amantki, Irena Kwiatkowska, córka drukarza, jedząca pomarańcze tylko wtedy - jak wspomina - kiedy chorowała, postanowiła dostać się tam, na szczyt, gdzie Ordonka, Modzelewska, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska.

Punkt na mapie pamięci, wysepka dzieciństwa Ireny Kwiatkowskiej to Waliców, Ciepła, Graniczna, Grzybowska. Czynszówka, gdzie dobijał się do nieba głos mieszkającego na piętrze kantora, na beton podwórza padał zawinięty w strzęp gazety grosz - honorarium dla grajka, nie cichły głosy lokatorów przekrzykujących się w jidysz i po polsku. Ciągłe obcowanie z przedstawicielami dwóch kultur, dwóch religii wyostrzało dar obserwacji. Uczyło twardości, uporu w zdążaniu do celu. Po komplementowanym debiucie kabaretowym, dopiero po siedmioletniej przerwie pani Irena zabłysnęła w krakowskich Siedmiu Kotach. A potem, wiadomo - co rola, to sukces. I ciągła troska o to, by się nie powtarzać, nie powielać osiągnięć. Dość przypomnieć, że w 1976 r. zgodziła się zagrać Chudogębę w eksperymentalnym przedstawieniu "Wieczoru trzech króli" w Starej Prochowni.

