Wszystko to jednak nie w Europie ani w ogóle nie w rejonie północnego Atlantyku, od którego Sojusz wziął nazwę. Sama Europa jest - w dużej części dzięki NATO - rejonem stabilizacji, powiedzmy jasno i z dużą pewnością: konflikty tu specjalnie nikomu nie zagrażają, w każdym razie nie takie, by do ich uśmierzania posyłać samoloty, bomby i żołnierzy.

Powstaje więc pytanie, czy Ameryka sama ma być "policjantem świata" i bacznie śledzić ogniska zapalne (a przy tym narażać się na ciągłe podejrzenia, że interweniuje tylko ze względu na swoje egoistyczne interesy gospodarcze)? Czy też może lepiej, by jasno i otwarcie powiedzieć, że Europa także powinna wyposażyć się w środki interwencji militarnej, a zwłaszcza siły szybkiego reagowania, "myśleć globalnie" i również aspirować do roli "supermocarstwa", gdyż znowu nie tak bardzo ustępuje Ameryce pod względem zamożności, a co do liczby ludności - znacznie ją przewyższa.

Europa dotąd specjalizowała się w skromnych misjach pokojowych i pomocy humanitarnej i rozwojowej, na którą przeznacza w świecie nie mniej niż USA. Ale kierunki interwencji wyznacza z konieczności dominująca wojskowo Ameryka, co złośliwi komentują stwierdzeniem: "Ameryka wojuje, potem Europa sprząta".

Nie musi tak być. Na szczycie w Pradze postanowiono, że NATO (czytaj: europejscy jego członkowie) wyposaży się w nowe środki działania, a nawet słabsi technicznie i mniejsi sojusznicy mogą się doskonalić w potrzebnych Sojuszowi specjalizacjach. NATO - jak podsumował lord Robertson w Pradze - to nowi członkowie, nowe możliwości i nowe misje. Jakie? Lepiej o tym rozmawiać na co dzień w Sojuszu, niż zostawiać wszystko Ameryce.

