Drobni hodowcy i przetwórcy czekają biernie, aż konsument sam się nawróci. Trudno im się dziwić, skoro nawet rząd z ich dość marnej sytuacji usiłuje uczynić cnotę i przekonuje świat do polskich produktów jako "pośrednich pomiędzy rolnictwem biologicznym o superwymogach a produkcją masową".

Tymczasem z faktu, że świat przestraszył się masowej produkcji żywności, nie wynika wcale, że przerzuci się na produkty polskie tylko dlatego, że nasze rolnictwo jest biedne, zacofane, a więc prawie ekologiczne. Dla konsumenta unijnego żywność naturalna to taka, której metody uzyskiwania są certyfikowane, czyli dokładnie kontrolowane.

Przed wybuchem BSE uważano, że ekologiczne metody upraw i hodowli zwierząt pozostaną marginesem dla hobbystów. Obecnie ten margines z każdym rokiem rozszerza się coraz bardziej. - W malutkim Liechtensteinie obroty żywnością ekologiczną przekroczyły 17 proc. rynku, w Austrii ponad 10 proc., w Szwecji 11 proc. W Niemczech jest to 3 proc., ale w pieniądzach to już 640 mln euro rocznie - mówi Dorota Matera ze stowarzyszenia Ekoland. - W Polsce ten rynek to zaledwie 0,06 proc. obrotów żywnością.

"Szacuje się, że w Europie jest już 80 mln konsumentów, chcących kupować żywność smaczną i zdrową, i gotowych płacić za nią drożej niż dotychczas - pisze Paweł Klewin w liście do "Polityki". - Tymczasem od kilku już lat na rynku rolnictwa ekologicznego występuje przewaga popytu nad podażą".

