Ernest i Agnieszka nie planowali, że będą mieli wielką, babską rodzinę. Ale tak wyszło. – I całe szczęście. Lepiej się dogaduję z dziewczętami – cieszy się Ernest Kwiecień.

W Wigilię do jego obowiązków, poza dostarczeniem choinki, należeć będzie zmywanie naczyń. Agnieszka zrobi pierogi, ugotuje barszcz z uszkami, usmaży karpia. Córki upieką ciasta. Potem przyjdzie czas na prezenty. Może to nawet będą empetrójki, o których marzą starsze dziewczyny.

Jodełek sadzimy mniej

Leśniczy, od którego pan Ernest przywozi choinkę, mieszka kilka kilometrów od domu Kwietniów. On także nie wyobraża sobie świąt bez prawdziwego świerku. – I musi być kiczowaty – uśmiecha się Gabriel Grobelny, nadleśniczy wałbrzyski.

To znaczy, że powinny na nim wisieć ozdoby zrobione przez dzieci, przechowywane latami, wyciągane na tę jedyną okazję.

Pan Gabriel ma dwóch synów i trzy córki. W domu została najmłodsza, 12-letnia, ale na święta zjadą wszyscy. I ubiorą choinkę. – Żona rozwiesi anielskie włosy, ja podłączę lampki – w domu nadleśniczego podział świątecznych ról jest określony.

W dolnośląskich lasach najwięcej jest świerków. Na plantacjach sadzą także coraz popularniejsze jodły z miękkimi igłami.

– Ale i tych jodełek sadzimy już mniej. To nie lata dziewięćdziesiąte, gdy sprzedawaliśmy prawie wszystkie wyhodowane drzewka – wspomina nadleśniczy.

U Grobelnego choinkę można sobie wybrać. – Mamy rodziny, w których co roku ojciec przyjeżdża z synem, by samemu ściąć drzewko. Taką mają tradycję – dodaje pan Gabriel.

