Około południa usłyszał splątane krzyki i nawoływania. Orkiestra była diabelska i gdyby w pobliżu znajdował się cmentarz, ten i ów nieboszczyk, spać w tym zgiełku nie mogąc, byłby zabrał trumnę i przeniósł się w spokojniejszą okolicę. Nad śliczną wodą odprawiała krzykliwe igrzyska liczna banda urwipołciów pod przewodem zuchowatej dziewczyny-jenerała. Szczególnie śmieszny był długonogi jakiś dryblas, piegowaty jak indycze jajo. Po dwóch stronach wody bieliły się dwa obszerne domy, a jeden z nich dźwigał na sobie garb niewysokiej wieży.

Banda ujrzawszy przybysza umilkła, co pozwoliło ogłuchłemu światu odetchnąć na krótką chwilę.

- Czuwaj! - zawołał Adaś.

- Czuwaj! - odkrzyknęli mołojcy i otoczyli go kołem. - Czy wolno mi tu odpocząć?

- Bardzo prosimy! - rzekła z uśmiechem dziewczyna. Skąd prowadzą bogowie?

- Ani bogowie tego nie wiedzą, ani ja nie wiem - zaśmiał się Adaś .

- Jestem taki Marek, co idzie na jarmarek. Chodzę, aby nie siedzieć.

Panna-jenerał skinęła przyjaźnie głową na znak, że jeszcze jeden wesoły rzezimieszek przyda się na tym radosnym świecie. Adaś oznajmił, że się zwie Cisowski, co zapewne nikomu nie będzie wadziło, więc i oni wymienili z kolei swoje nazwiska.

- Niemczewscy?... Gilewicz?... Kropka?... - zdumiał się Adaś. - Zaraz, zaraz. Coś mi się zdaje, szlachetni mężowie, i ty, dostojna pani, że ja już gdzieś słyszałem te świetne nazwiska, kiedyś i teraz, bardzo niedawno... Za pozwoleniem! Czy ten dwór na prawo to Głodowće, a ten na lewo Wiliszki?

