Miałem zrobiony szybki kurs i to wystarczyło. Ponadto proboszcz wiedział, że jestem zaangażowany w życie Kościoła i można mi zaufać.

Nie dość, że jest Pan wszechstronny, jak widzę, to jeszcze do tego potrafi Pan przykuć uwagę widzów. Był Pan na studiach duszą towarzystwa?

Na studiach było o tyle fajnie, że spotkałem tam ludzi o takich samych zainteresowaniach, których ciekawił świat, dla których ważne były podróże. Tworzyliśmy paczkę kilku bardzo wesołych osób.

A ma Pan jakieś szczególnie wesołe wspomnienia?

Chodziłem na zajęcia z jednym takim chłopakiem, sporo ode mnie wyższym. Był niezwykle wysportowany i potrafił założyć sobie nogę na szyję. Ale żeby było śmieszniej, postanowiliśmy, że wszyscy muszą zobaczyć tę jego sztuczkę. Najlepiej na wykładzie. Wybraliśmy więc wykład u profesora, który często pisał coś na tablicy. Ustaliliśmy, że kiedy wykładowca będzie stał do nas tyłem, Hawranek – bo tak się nazywał ten kolega – założy nogę na szyję, a ja krzyknę: „Już”, żeby wszyscy mogli zobaczyć ten popis. I tak też się stało. Wszystko trwało może ze trzy sekundy, a wykładowca – na szczęście – udawał, że nic nie słyszy.

Skończył pisać wzór na tablicy, obejrzał się i zapytał, czy pomylił się we wzorze, bo taki zrobił się harmider.

Czyli znał się na żartach. A miał Pan jakichś szczególnie lubianych profesorów? Albo szczególnie znienawidzonych?

