Wiosłowali z tysiącem ostrożności; zacisnęli zęby i nikt nie wymówił słowa. Błyskawice dawno już pogasły i mokra otaczała ich ciemność.

- Szostak macha latarką! - oznajmił z radością Burski. Nie może nas widzieć, ale daje znaki. Machaj, machaj, chłopaczku, bo nie wiesz, kogo powitasz. Uda się, uda się! Adasiu, strasznie cię kocham! - krzyknął ni stąd, ni zowąd.

Adaś uścisnął mu rękę w ciemności.

I jego rozpierała radość. Wspaniałym jelenim skokiem przeskoczył - któż to wie? - może własny grób. Wydobył się z grząskiego sopotu rozpaczy, w którym ugrzązł po szyję; jest wolny i wśród dobrych towarzyszów, z których jeden skoczy dla niego do tej zbełtanej wody, a drugi, ten co tam na brzegu udaje morską latarnię, skoczy dla odmiany w ogień. Awantura wprawdzie nie skończyła się jeszcze i teraz dopiero stać się może prawdziwie groźna . Nie ulega wątpliwości, że "towarzystwo" z Żywotówki wpadnie w zrozumiałą wściekłość zastawszy puste gniazdo po nim i po Francuzie. Zaczną tropić i wytropią; Francuzowi należy przeto wytłumaczyć, aby uciekał czym prędzej, co zapewne uczyni bez wahania, a samemu trzeba będzie otoczyć się gwardią mołojecką, złożoną z tego świetnego zastępu dzielnych chłopców.

- Co się stało? - krzyknął Adaś przerwawszy rozmyślania. - Nieszczęście! - zdławionym głosem odkrzyknął Burski. Już po nas!

