Cichym głosem wydał jakieś polecenie swoim towarzyszom i ręką wskazał im kierunek.

- Dogonimy was! - szepnął. - Jazda... W nogi!

Czterech dorodnych dryblasów chwyciło Francuza na ramiona i wilczym krokiem pobiegłszy zapadli w mrocznym gąszczu. - Śpieszmy się. Boję się psów... - mówił Adaś, zadyszany.

Podtrzymaj mnie, bo jeszcze nie czuję nóg. O Staszku, o drogi Staszku. Sam nie wiesz... Ale o tym potem...

Podpełznęli ku tylnym drzwiom głuchego i milczącego domu. - Pchnij te drzwi!

Burski rozpędził się i uderzył ramieniem w mizerne drzwi, które rozwarły się szeroko jak ziewająca gęba.

- Latarkę! - szepnął Adaś. - Ja nie mogę, szukaj ty... Czekaj no... Tu powinien sterczeć jakiś garnek. Jest! Sięgnij ręką do środka. Znalazłeś co?

- Tak... Małe zawiniątko... Zdaje się, że papiery...

- Dawaj! Teraz prędko do tej izby na lewo... Szukaj na łóżku pod siennikiem. Czujesz ręką papiery?

- Są!

- Dawaj, bracie! - szepnął Adaś.

Ukrył w zanadrzu sponiewierany rękopis księdza Koszyczka. - Nic więcej? - szepnął Burski.

- Już wszystko! Teraz uciekajmy. Ale dokąd? - Do nas, do obozu.

- To wy tu macie obóz? - Za wodą .

