Wywieźli go na Pomorze, przez 8 miesięcy pracował u bauera w Karsbergu, dziś Karlino. Wspomina go, jako złego człowieka, który lubił sobie wypić i nie dbał w ogóle o swoich pracowników. Nie pomagał im w pracach, mieszkali w fatalnych warunkach, w stajni na pryczach. Oprócz pana Witolda było jeszcze trzech Polaków. Pracowali o świtu do nocy, nawet w niedziele.

W sierpniu 40 roku Solik uciekł od bauera, do domu w Siemianowicach. – Zamieszkałem u siostry, po kilku tygodniach przyszedł niemiecki policjant i najczystszą polszczyzną powiedział, żebym lepiej wracał do gospodarstwa. Do urzędu pracy dotarło pismo, że opuściłem miejsce pracy bez zgody pracodawcy. Nie pozostało mi nic innego jak wrócić, na własny koszt.

W pułapce u Rosjan

Niestety gospodarz i tak zemścił się na Soliku. Od razu przekazał go do niemieckiej komendy uzupełnień. Wcielono go do Wehrmachtu. Przez kilka miesięcy był szkolony w Szczecinku. Latem 1941 roku jego Zapasowy Batalion Piechoty 332 trafił na front wschodni w Estonii, potem skierowano ich pod Leningrad. – Byli tam Rosjanie z Syberii, którzy nie umieli czytać i pisać. Kazali o nich mówić nieprzyjaciel, ale przecież to bliźni był – mówi po latach.

Armia radziecka była wtedy w odwrocie. Solik ze swoją kompanią stopniowo przesuwał się na wschód. Najpierw wypuszczali patrol, który sprawdzał najbliższe wioski i lasy. Jeżeli droga była czysta, wyruszali wszyscy.

