ANDRZEJ: W tej szkole Tusia jest wśród swoich. Czuje jakąś podskórną więź z innymi. Opowiada nam o innych dzieciach. Myślę, że to, co wybraliśmy, jest najbardziej wartościowe. Najważniejsze, że jest jej tam dobrze. Postaw się w jej sytuacji w klasie integracyjnej. Jesteś w obcym środowisku - w obcym mieście albo za granicą... Musisz udawać, że wszystko rozumiesz.

A.S.: Tak, ja czasem udaję wspólnotę, której nie czuję.

ANDRZEJ: A dzieci mają skłonność do segregacji, do podziału: "swój" - "obcy". Dzieci dzielą się na osobne podwórka, a co dopiero na poziomy rozumienia. Wszystko jest w porządku, kiedy dzieci są małe. Na poziomie przedszkola nie było żadnych problemów.

A.S.: Mam poczucie, że nasz wybór integracji dla Celi to nie był wybór najlepszego rozwiązania, tylko najlepszego z możliwych w Warszawie. Najlepsza mogłaby być osobna szkoła dla dzieci z zespołem Downa, jak w Anglii, albo mieszana, częściowo specjalna, częściowo integracyjna, jak w Izraelu. W takich szkołach ćwiczy się przede wszystkim umiejętności językowe - wymowę i wypowiadanie się, oraz czynności praktyczne, program z matematyki jest ograniczony, a inne przedmioty są częściowo do wyboru. Może uznałabym za najlepszą taką właśnie szkołę, gdyby istniała u nas. Wybrałabym integrację dla Celi nie z powodu rodzicielskich ambicji, ale dlatego żeby nie zmarnować jej gotowości do uczenia się. Powiedziałaś, Ewo, że "wykształcenie osoby z Downem nie przekłada się na życie". To prawda. Nasze dzieci najprawdopodobniej nie znajdą pracy, a do warsztatów terapii zajęciowej wykształcenie nie jest potrzebne. Ale czy z tego należy wyciągnąć wniosek o zbędności kształcenia naszych dzieci? Może warto kształcić "Downy" jak najdłużej, bo przecież nie mają się do czego spieszyć w życiu.

