- Kocha!? - Wietnamczyk dyskretnie przedrzeźnił wyszczerzając jeszcze bardziej swe górne zęby. - On kocha swoją chorobę, podagrę, i chce jej się pozbyć.

- Przy pomocy niedźwiadka?

- Tak jest. Wychowa go sobie, a potem zabije i żółć użyje na lekarstwo. Żółć niedźwiedzia to najlepszy lek.

Wiedziałem o tym, jak wysoko w Azji ceniono żółć jako środek uzdrawiający, niemal cudotwórczy, i to żółć ludzką więcej jeszcze niż niedźwiedzią. Do końca dziewiętnastego wieku słynne były wyprawy Taotańczyków przeciw ludom Mojów w Górach Annamskich wyłącznie w tym celu, ażeby zdobyć żółć ludzką na lekarstwa.

Żal mi się zrobiło, że również i to rozkoszne zwierzątko miało paść ofiarą, ale na to nie było rady, całe me otoczenie uważało za rzecz zupełnie naturalną i słuszną, że żółć niedźwiadka powinna iść na lekarstwo.

Gdy Taj odprowadzał kudłatego jeńca ciągnąc go na powrozie, Wietnamczyk rzekł:

- Dawniej tak samo wleczono Puoków...

Ponieważ w dalszą drogę mieliśmy wyruszyć dopiero w pół godziny po obiedzie, a towarzysze załatwiali formalności w ośrodku administracyjnym, udałem się na miasto sam w towarzystwie młodego Tajo mówiącego trochę po francusku, a będącego posługaczem czy czymś podobnym w ośrodku.

Mieścina składała się z samych domów o ścianach bambusowych, przy czym zabudowania administracji na wzgórzu były najobszerniejsze, domy wietnamskich kupców wzdłuż samej drogi znacznie mniejsze, a na dolnym skraju osady, u wylotu ku ryżowiskom, sterczały na palach chaty Tajów. Wszystkie zabudowania miały dachy poszyte strzechą.

