W Michniowcu nie udaje nam się odszukać tubylca, u którego leżakuje klucz do świątyni, w Bystrem też zamknięte. Może i lepiej? Majestatyczną bryłę cerkwi makabrycznie szpecą powybijane szyby, poszczerbione deski i pordzewiała blacha kopuł. Tuż obok zarośnięty cmentarzyk unicki, z resztkami nagrobków krzyczącymi z trawy wyrosłej po pas. Nieopodal bogata posiadłość prywatna i kilka nowych w budowie. Bez trudu znajdujemy wspólny język z pasącymi się owcami. Po przeciwnej stronie drogi pieni się rottweiler, na płocie napis: Pies jest miły. Nie sprawdzamy.

Cerkiew w Hoszowie. Tę pominąć – rzecz niedopuszczalna! Chyba nie można umieścić świątyni w bardziej urokliwym otoczeniu: mostkiem przez potok, potem krętymi schodkami na wzgórek. Pękatość cerkiewki "łamie" mnóstwo daszków i daszeczków, wnętrze jeszcze chyba pachnie żywicą – świeżutkie jasne deski. Tyle widać przez kratę. Na skraju wzgórza – trzy wysokie krzyże w otoczeniu starych buków o amputowanych gałęziach. Kiedy się na nie patrzy z mostka – okaleczone drzewa konwulsyjnie okalają krzyże, jakby chcąc je chronić pogiętymi resztkami konarów, prawie bez liści. Syn robi najpiękniejsze zdjęcia, jakie stąd zabierzemy.

Jak zwykle nie starcza nam dnia i zmrok zastaje nas w połowie planowanej trasy, w Ustrzykach Dolnych nad pizzami wielkości młyńskich kół. Tuczymy się nieopodal skweru w centrum miasta. Ciekawa rzecz – jest tu pomnik żołnierzy, tablica na nim stosunkowo świeża, a udało się nie zapomnieć o berlingowcach, pamiętając tylko o "obecnie słusznych", jak to w modzie dzisiaj.

