Anka zatrzymuje się i mówi głosem na jednym tonie, pozbawionym jakichkolwiek emocji: - Boże mój, twój sługa wziął mnie siłą, począł ze mną syna, zabrał mi go, a teraz powiada, żem czarownica, a mój syn z diabłem. Chce mnie spalić. Nie dopuść, Panie, do śmierci niewinnej, bo wyrzeknę się Ciebie! Płonę. Nie czuję ognia, bo we mnie są płomienie. Nie wszystka umrę, w waszych córkach żyć będę, oprawcy moi.

Sanitariusze chichoczą. Anka podnosi głowę, patrzy - wszystkie okna otwarte. W jednym z nich stoi Jan Boloński w białym fartuchu.

Anka znów odzywa się beznamiętnym głosem: - Jasiu, synku...

Teraz sanitariusze również spoglądają w górę. Wszystkie okna w bloku są zamknięte, nikogo nie widać. Patrzą na siebie porozumiewawczo i wchodzą do budynku.

W mieszkaniu do wynajęcia poważna, skromna dziewczyna z początku filmu. Jan usiłuje ją rozbawić, ale ona tylko uśmiecha się krzywo. Gospodarz jeszcze upewnia się, czy nowa lokatorka nie pali. Powtarza te same kwestie o mamuśce uczulonej na dym. W końcu wynajmuje mieszkanie na rok, płatne z góry; mały pokój na pozostać zamknięty, bo gospodarz trzyma tam pamiątki rodzinne. Nagle słychać jakiś łoskot.

- Wierzy pani w duchy?

- Oczywiście!

Jan rozkłada umowę. Dziewczyna wyjmuje małe radio i "Nasz Dziennik". Jan patrzy na gazetę, uśmiecha się. Przygląda się też dziewczynie, która podpisuje umowę. Wstaje i na wierzchu otwartej torebki dziewczyny zauważa zapalniczkę i papierosy. Poważnieje, jest wyraźnie smutny i zawiedziony. Wychodzi przed blok, gdzie rozmawia z inną kobietą.

