- Tak naprawdę, on z nas wszystkich jest najbardziej podobny do ojca - rzekł Wyweron.

Dracon milczał, wpatrując się w czubki swoich butów.

- Upadliśmy... przerażająco nisko - wysapał Alwaid, idąc ostrożnie po stromej ścieżce, biegnącej wzdłuż nadmorskiego klifu.

- Jeszcze nie - odrzekł Dracon, z obawą spoglądając za krawędź. - I wolałbym nie upadać. O w mordę, jak tu wysoko...

- Upadliśmy w sensie moralnym. Kłusujemy na smoka, w dodatku zagranicznego. Ojca by szlag trafił, gdyby żył oczywiście.

- Gdyby żył, anulowałby ten idiotyczny testament, a my nie musielibyśmy wlec się na polowanie aż do Lengorchii.

- Ja też uważam, że to niemoralne - syknął z tyłu Wyweron. - Co? Że zubażamy cudzy majątek narodowy? Zostawię im przed wyjazdem większy napiwek w gospodzie. Masz! Przyzwyczajaj się. - Dracon wepchnął bratu do rąk muszkiet, mimo lekkiego oporu obdarowanego.

- Ale ja się czuję nie bardzo... Planujemy zabicie zupełnie niewinnej istoty. Myślącej w dodatku. Ciapek miał rację...

- Nie jojcz. Po prostu wyceluj tę rurę w smoka i wyobraź sobie, że jest stosem złotych pięciokoronówek. Zobaczysz, jak to pomaga.

- A jak nie trafię...?

Podobne rozmowy bracia prowadzili mniej więcej od sześciu dni, od chwili kiedy postawili stopę na terytorium cesarstwa Lengorchii. Przed nimi rozciągał się błękitny przestwór oceanu, z drugiej strony horyzont ograniczało postrzępione pasmo zachodniego krańca Gór Zwierciadlanych - podobno ostatniego miejsca, gdzie żyły stada dzikich, nieponumerowanych smoków. Trzech smokobójców-amatorów włóczyło się po wybrzeżu, udając przed tubylcami, że polują na foki. Czwarty łaził za nimi w charakterze "ogona", gubiąc się nieustannie. Starsi bracia na próżno usiłowali wzbudzić w nim zainteresowanie łowiectwem, Cellofan przedkładał podziwianie krajobrazów nad ich barbarzyńskie rozrywki.

