Miesiąc szybko minął. Księżyc jaśniał w pełni, jak gdyby bóg księżyca - Ramaczandra - zapalił tysiąc świateł. Noc była tak jasna jak dzień. W ten magiczny czas, zawodowy myśliwy, łowca tygrysów ludojadów, z powrotem zawitał do wsi Szczęśliwie zatrzymał się ty razem u wójta i od niego dowiedział się, ze wieś terroryzuje olbrzymi tygrys. Co prawda dotąd nikogo nie zżarł, ale może to zdarzyć się w każdej chwili. Dowiedział się tez o nagrodzie. Nie czekając chwili, zgodnie ze swoja dharmą, uszedł spotkać się z tygrysem.

Zwierze nie kazało długo na siebie czekać. Stało w dojrzewającym prosie, i tylko pręgowany grzbiet było mu widać. Doświadczony myśliwy szybko napiął luk i wypuścił strzałę, która niechybnie trafiła tygrysa w serce, gdyż ten wydał tak przenikliwy ryk, jak raniony demon ciemności. Myśliwy nim podszedł do ofiary, cisnął w nią jeszcze włócznię, która przebiła grzbiet zwierzęcia. I tu kończy się ta historia, ale...

Wójt rano wezwał pracza .Kazał mu wypłacić myśliwemu 5o rupii nagrody, zapłacić za zniszczoną włócznią skórę tygrysa i zobowiązał go do darmowych prac na rzecz wsi za zjedzone i zniszczone zboże. Ale nie te kary były dla pracza najsroższe .Od tego czasu pracz sam na własnych plecach musiał roznosić wyprane szaty wieśniaków do klientów i ta mitręga była najgorsza karą. Ludzie we wsi zastanawiali się - kto z dwojga był głupi: pracz czy osioł.?

