Pukam, "wejść!", uśmiechy, przeglądanie papierów, rozmowa o Belaynehu Dinsamo, słynnym etiopskim maratończyku, decyzja.

- Dwa miesiące - zrobił w tym momencie pauzę na odkaszlnięcie pestką dyni - dwa miesiące. To moje pierwsze i ostatnie słowo - pauza na refleksję - a właściwie dwa słowa. To jest: miesiące.

Powinienem się ucieszyć (wewnętrznie) oraz pogrymasić (zewnętrznie). Tyle że grymaszeniem mógłbym urazić bardzo - przecież - życzliwego, bardzo pomarszczonego człowieka. Wybrałem i przybrałem, na kilkanaście sekund, najneutralniejszy wyraz twarzy, aby stopniowo zmierzać w stronę powściągliwego zadowolenia z nutą wdzięczności.

- Trudno - mówię. - Będzie musiało wystarczyć - teraz przerwa na głośny wdech. - Dziękuję.

Z papierkami wracam do pierwszego pomieszczenia.

Dwumiesięczna wiza do odebrania jutro.

Na podwórku dopadła mnie fala mdłości. Nogi lekko drżały, dłonie stukały w niewidzialny bębenek, szyja trzęsła głową, jakaś niewidzialna łapa ciągnęła za sznurki wnętrzności, co momentalnie zgarbiło moje plecy.

Posiedziałem kilka minut na murku. Objawy zanikały. Być może drżenie nie ustąpiło, a jedynie doszło do perfekcyjnej synchronizacji drgań głowicy obserwacyjnej o spoconym czole z drganiami wypustek kroczących i manipulacyjnych. Zerknąłem na zegarek: nieporuszona czternasta trzydzieści. Dwa kwadranse do spotkania z dzielnym Izraelczykiem w ajencji Ethiopian Airlines.

Tym razem Itai nieznacznie się spóźnił. I nie przeprosił. Dysponując dwoma przykładami, trudno było ustalić, czy Itai zawsze przepraszał, kiedy się nie spóźniał, i nigdy nie przepraszał, kiedy się nieznacznie spóźniał. Zresztą cóż za pożytek wyniknie z rozwiązania tej mini łamigłówki?

