Kongresowej strasznie się boję, to jest dla mnie otchłań. Czarna dziura. Trudno tam mieć nad czymkolwiek kontrolę, trudno nawet o odpowiednie nagłośnienie - w każdej nawie jest kompletnie inna proporcja brzmień. Ale co zrobić, innej wielkiej sali w kraju nie mamy. W katowickim Spodku na przykład praktycznie nie istnieje zaplecze. Są jakieś obskurne nory, które robią za garderoby. Kiedy miałam tam spotkanie ze Stingiem, było mi wstyd, chociaż wiedziałam, że Sting wychowany w mieście portowym niejedno w życiu widział.

Pani twórczość jest wielonurtowa, ale do czego pani najbliżej?

Jednak do jazzu. Chociaż nie mogłabym grać jazzowego mainstreamu, do tego się nie nadaję. Poza tym mam zawsze takie wrażenie, że tyle genialnych płyt w tym akurat gatunku zostało nagranych, że Ameryki nie odkryję, a tym bardziej nie podbiję. Poza tym, powiem wprost, bez wielkich aspiracji - lubię śpiewać piosenki. Wychowałam się w kręgu muzyki ludowej, co też nie pozostało bez wpływu...

Słychać to na pani pierwszej płycie.

Owszem. Ale chyba przede wszystkim na "Bosej" i "Barefoot". To nie znaczy, że uciekam na przykład od popu. Tyle że ten mój ulubiony pop też jest gdzieś na pograniczu stylów. Uwielbiam Joni Mitchell, Petera Gabriela, wspomnianego Stinga, a w sumie to, co oni robią, bardzo trudno zaklasyfikować. Muzyka, nazwijmy to, autorska. Myślę, że dla muzyka fascynujące jest dotykanie różnych stylów, przenikanie kultur, sprawdzanie się w różnych nurtach i gatunkach. Wiem, że ja sama jeszcze się długo nie ustatkuję, tyle jeszcze rzeczy chciałabym spróbować. Dlatego pracuję z bardzo różnymi ludźmi - z jazzmanami jak Tomek Stańko, a nawet z rockmanami jak zespół Sweet Noise.

