Zdaniem Joanny Trzepiecińskiej, grającej rolę Alutki w "Rodzinie zastępczej", o gwiazdorstwie powinno się mówić wyłącznie w odniesieniu do Hollywood. - Warunki pracy polskich aktorów są nieporównywalne ani do amerykańskich, ani nawet do europejskich standardów - twierdzi aktorka. U nas tak prosta, wydawałoby się, sprawa jak podesłanie taksówki na plan po aktora stanowi problem.

O chorym funkcjonowaniu systemu świadczą też zarobki artystów. Małgorzata Foremniak, słynna doktor Zosia z serialu "Na dobre i na złe", która w tym roku odcisnęła swoją dłoń w alei gwiazd w Międzyzdrojach, żali się, że ustalając wysokość honorariów nie każdy producent liczy się z tym, że popularny aktor, którego akcje idą w górę, ma prawo do wyższych stawek. A wykłócać się nie warto, bo wiadomo, że można zostać wymienionym na kogoś innego. W Hollywood istnieją ludzie niezastąpieni, u nas takich aktorów nie ma.

- W Ameryce - przyznaje Jerzy Trela - która jest nieustającym wzorem i lekarstwem na nasze kompleksy, to wciąż gwiazda jest gwarantem uzyskania pieniędzy na realizację. U nas tymczasem nawet najbardziej gorące nazwisko nie zapewnia budżetu. Polska megagwiazda jeśli dostanie 50 tys. dol. za główną rolę, to uważa, że złapała Pana Boga za nogi, a cały świat legł u jej stóp. Tymczasem w Stanach dobry aktor otrzymuje 20 mln dol., czyli 200 razy więcej. I kto tu jest gwiazdą?

