Na Jarmarku Europa zagnieździło się centrum handlu pirackimi płytami muzycznymi, oprogramowaniem, kasetami z nielegalnie przegrywanymi filmami. Co pewien czas policja, służby celne i graniczne organizowały pokazowe akcje wyłapywania piratów, ale rzekome sukcesy okazywały się klęskami, bo nielegalny handel kwitł w najlepsze. Także teraz chodząc po koronie stadionu słyszy się szepty handlarzy: filmy, muzyka, gry.

- Momencik - mówi zakonspirowany sprzedawca, który nie ma przy sobie żadnego towaru. Badawczo przygląda się klientowi, rozgląda na wszystkie strony. Potem wspina się na tablicę reklamową i z kieszeni w naciętym plakacie wyjmuje płyty z rosyjskimi napisami. - Jest jazz. Coltrane za 20 zł, resztę sprzedam po dziesięć, bo już idę - zachęca.

Podobnie jak nie wysychały stadionowe źródełka, w których można się było zaopatrzyć w ostrą broń (łącznie z wyrzutniami granatów), materiały wybuchowe, fałszywe i prawdziwe (kradzione) paszporty oraz, co już chyba jasne dla każdego, narkotyki - od tych lekkich po najcięższe. A wszystko pod czujnym okiem policji. A kiedy policja przymykała oko na przypadki z Jarmarku, w rolę stróża praworządności wcielili się - co dla wielu brzmiało jak paradoks - kupcy ze starego warszawskiego Bazaru Różyckiego. To oni - zagrożeni konkurencją - alarmowali, że na Stadionie X-lecia dzieje się samo zło. Deklarowali nawet pomoc w demaskowaniu handlujących towarem z przemytu i bez akcyzy.

Pojedziemy do Rydzyka

Sąsiadka z blaszanej budki obok miejsca pracy Lucyny Kwiatek pokazuje umowy na dostawę towaru, które podpisała, zanim wybuchła sprawa Euro 2012. Prowadzi do magazynu na pięterku budki - pełno tam fabrycznie zapakowanych ubrań, a następne jeszcze w drodze. Być może zamawiała pochopnie, ale naprawdę liczyła, że stadion pozostanie miejscem handlu, nie sportu.

