Podejrzane pokolenie

Dla manichejczyków podejrzane jest zatem całe pokolenie. Od Leszka Millera, przez Adama Michnika po braci Kaczyńskich i księdza prymasa. Podejrzenia zaś niemal automatycznie stają się oskarżeniem, gdy tylko podejrzani zaczynają temperować ich radykalne postawy. Zwłaszcza gdy ktoś temperuje je niekonsekwentnie, w umysłach manichejczyków rodzi się przypuszczenie, że ma w tym osobisty interes. W tym sensie proponowana przez premiera deesbekizacja oparta na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności i ryczałtowej kary, z jednej strony potwierdza i umacnia ich manichejską postawę (bo abstrahuje od bilansu wcześniejszych lub późniejszych osobistych zasług), a z drugiej nasuwa pytanie, jak ten radykalizm pogodzić z subtelnością prezydenckich wywodów w sprawie ustawy lustracyjnej.

Podobnie atak ojca Tadeusza Rydzyka na liberalne media w obronie abp. Wielgusa nasuwa manichejczykom pomysł, że jego lustracyjny zapał w sprawie Lecha Wałęsy nie był może całkowicie szczery i służył ukryciu problemów środowiska radiomaryjnego. Na tej samej zasadzie wolta Episkopatu w sprawie lustracji Kościoła jest dla manichejczyków oczywistym znakiem, że dotychczasowy opór miał na celu raczej ochronę wątpliwych życiorysów i przekraczających granicę dopuszczalnego ryzyka kompromisów niż obronę chrześcijańskich wartości wyznawanych przez Wojtyłę i Wyszyńskiego.

Dotychczasowi alianci i protektorzy coraz częściej stają się więc celem podejrzliwych spojrzeń manichejczyków. Natarczywe pytania o ich własne biografie i kompromisy już wiszą w powietrzu. Tu na dłuższą metę nikt nie może liczyć na wyrozumiałość ani nawet na zwykłe zrozumienie. Albo więc bracia Kaczyńscy, ojciec Rydzyk i biskupi in gremio podporządkują się manichejczykom, albo zostaną przez nich otwarcie uznani za część peerelowskiego zła i będą musieli publicznie stawić im czoła, broniąc skomplikowanej logiki ważenia kompromisów, których od każdego wymagało życie w PRL.

