(Wiem też, że nie mogę tu liczyć na pomoc krytyki, która prześlepi wszystko i już raz odczytała go zupełnie błędnie, sytuując na marginesie rzeczywistości. Jego, który stał w centrum, a rzeczywistość zmieściłaby się w kulce od długopisu, gdyby wtedy już istniał długopis.)

Najwięcej kłopotów przysparzała mi dramaturgia. Nie współczesna, bo tej prawie nie ma, na szczęście - dramaturgia klasyczna. Najpierw dostawałem scenopis, który spowodowałby trzęsienie nekropolii w Atenach i Rzymie, obracając w ruinę to, co cudem się uchowało. Z mozołem przywracałem mu oryginalną postać, rekonstruując trzy jedności. Nie ma plagi gorszej od reżyserii o twórczych ambicjach. Byłem zmuszony dodawać didaskalia dorównujące długością tekstom, a i to nie wystarczało. Trzeba by właściwie pisać inny dramat, dramat z przedrostkiem anty-, zawierający inwentarz odstępstw morderczych dla pierwowzoru.

To naprowadziło mnie na koncept prowadzący do nowej definicji literatury, według której tekst jest tylko wyrwą, miejscem pustym w tym, co jeszcze-nie-powiedziane. Rym stanowi jedynie wyłom w dyskursie, gdzie rymów jest nieskończona liczba. Fabuła to zaledwie jedna sekwencja wyłuskana z wielowątkowej rzeczywistości. Postać pozostawia za sobą kontur w galerii osób z krwi i kości, niczym czarny karton pod uzbrojonymi w nożyczki palcami karykaturzysty, sprzedającego wycinanki na bulwarze. W tym rozumieniu moje ingerencje nie są niczym innym niż przywracaniem utraconego bogactwa, boskiej inwariantności, która zdążyła już zastygnąć w tekst, dotkliwie ograniczony, niepodatny na zmianę. Rozumiał to Gombrowicz, kiedy pisał o Dantem.

