Sprowadźcie tutaj Maćka!

Nazywał się bodajże Adamiak. On, PRL-owski cenzor, uczynił mnie wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i zaprzyjaźnił mnie z Maćkiem Szumowskim

Jerzy Surdykowski

Kiedy wróciłem do Krakowa z sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku, napisałem o nim reportaż do nieistniejącego już tygodnika „Życie Literackie”. Tekst trafił do cenzury. Czekam, płyną dni, aż wreszcie wraca tekst z pieczątką, ale nie poznaję go: kilka zdań moich, reszta dopisana przez cenzora, w duchu obowiązującym w ówczesnym „Dzienniku Telewizyjnym”. Po co te strajki, skąd się wziął ten Lech Wałęsa i tak dalej... Oczywiście nie pozwoliłem na druk i poleciałem do „Gazety Krakowskiej”.

Za radą Macieja Szumowskiego, wówczas felietonisty „Gazety Krakowskiej”, a jednocześnie autora reportaży telewizyjnych, postanowiliśmy wysmażyć buntowniczy manifest w obronie wolności słowa – skierowany do dziennikarzy, jak i do władz. Szumowski zaofiarował własne mieszkanie na miejsce redagowania tej odezwy; nie zebrało się w nim aż tak wielu kolegów, bo za udział w jawnie opozycyjnym przedsięwzięciu można było oberwać po głowie, a tego PRL-owskie środowisko dziennikarskie było nauczone.

Maciek doradzał cicho i mądrze, ale prym wiodła jego małżonka Dorota Terakowska. O świtaniu manifest był gotowy, wysypaliśmy się między bloki na Kapelance, a Stefan Maciejewski – jeden z filarów „Krakowskiej” – tubalnie podsumował obrady kilkoma słowami nie nadającymi się do zacytowania, ale słyszalnymi na całym osiedlu.

