Po raz ósmy w historii poznańskiej opery na afiszu pojawi się premiera „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki. Tym razem reżyseruje Emil Wesołowski, który debiutuje w tej roli. Za każdym razem premiera opery narodowej budzi wielkie emocje wśród melomanów.

„Straszny dwór” nie jest wcale taki straszny, chociaż realizatorzy mają z nim kłopoty. Wszyscy bowiem wiedzą, jak powinno się grać tę operę narodową. Jedni traktują dzieło Moniuszki niczym obiekt muzealny, inni – materiał do eksperymentu. I jak to ze skrajnościami bywa, obie przegrywają.

Dla mnie „Straszny dwór” łączy w sobie klimat „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza i „Zemsty” Aleksandra Fredry. Powinien być patriotyczny, zabawny, kojący duszę i serce, trochę nostalgiczny...

Kiedy pytałem Emila Wesołowskiego, jaki będzie jego „Straszny dwór”, przywołał najpierw tradycję sienkiewiczowską, w którą – jego zdaniem – opera Moniuszki również się wpisuje i dodał: – W operze tej są dwie postaci komiczne: Cześnikowa i Damazy. Miecznik reprezentuje prawdziwych patriotów. A Maciej – jak cały nasz naród – jest uosobieniem zabobonu, a zarazem buty i i odwagi. Wypadkowa ich zachowań wyznacza kierunek interpretacyjny.

Wesołowski nie zamierza uwspółcześniać na siłę ojca opery narodowej. Ale widzi pewne powinowactwa ze współczesnością. – Podpowiedziałem śpiewakom kilka znanych im postaci, które w jakiś sposób noszą w sobie cechy bohaterów naszej opery narodowej. Ale nie dopuszczę, aby na scenie czynić jakieś tanie aluzje.

