Kiedy minął stan wojenny i obywatelom przywrócono prawo do poruszania się po całej Polsce, a nie tylko w obrębie miejsca zamieszkania, już nie tylko "baby" jeździły z towarem do klientów, ale zaczął się ruch w drugą stronę - miastowi wyruszali po mięso na wieś.

Nielegalny ubój i nielegalny handel mięsem był wówczas - tak jak zaraz po wojnie - najsurowiej zakazany. Groziły za to najrozmaitsze i drakońskie kary. Zakazy te powszechnie jednak gwałcono.

Pamiętam jedną z takich wypraw przedsięwziętą przed bożonarodzeniowymi świętami przez mego ojca i męża. Pojechali wówczas "maluchem" do wioski, w której mieliśmy daczę, z ambitnym zamiarem zakupu schabu, kiełbas oraz gęsi. Wszystkie te produkty zakupili. Problem polegał na wwiezieniu ich przez rogatki miasta, pilnie strzeżone przez funkcjonariuszy MO wyczulonych na tego rodzaju - powszechny zwłaszcza w przedświątecznym okresie - przemyt.

W Żądle Genowefy Meissner opisuje, jak któryś z kolegów przemycał przez rumuńską granicę gęś między nogami. Moi panowie skorzystali z tego wzorca. Na kilka kilometrów przed spodziewanym patrolem, o którego istnieniu solidarnie informowali migaczami inni kierowcy, ojciec wysiadł i niósł mięsną kontrabandę ośnieżonymi polami, podczas gdy mąż przeprowadzał "czyste" auto przez kontrolę. Potem zjechał na pobocze, skąd zabrał zmordowanego teścia i ocaloną zdobycz.

Moja koleżanka, pierwsza czytelniczka tej opowieści, skrzywiła się: "To brzmi zbyt pogodnie".

Nie było pogodnie. I nie było moim zamiarem łagodzenie obrazu tamtych lat i przebiegu PRL-owskiej bitwy o handel.

