Teraz są na skraju całkowitego upadku. Nie remontowane od stulecia, eksploatowane ponad miarę, cudem jeszcze istnieją. Dziurawe podłogi, okna zakryte foliowymi płachtami, cieknące dachy i wszechobecny kamuflaż grubej warstwy rozmazanego brudu, taki jest ich obraz dnia dzisiejszego.

I jakby tego było mało, właśnie w nich zgromadzono same nieszczęścia Ukrainy, przemieniono w sanatoria gruźlicze, szpitale dla przewlekle chorych dzieci, domy starców. Tak jak jeszcze do niedawna w poniemieckich pałacach na naszym Pomorzu i Dolnym Śląsku.

Bronią się jeszcze sławne podolskie parki, które tak fascynowały Jerzego Stempowskiego, że poświęcił im cały esej zatytułowany W dolinie Dniestru. Wczasach dawnej Rzeczpospolitej pisał całą Ukrajnę ogarnęło szaleństwo ogrodnicze XVIII wieku. Ziemi na Kresach nie brakowało i parki ciągnęły się daleko i szeroko. Szaleństwo to dodajmy rozkwitało i w następnym stuleciu, gdy podolscy ziemianie w błyskawicznym tempie bogacili się na produkcji cukru (Podole zaspokajało wówczas 34 potrzeb całego imperium carów na ten produkt) i eksporcie zboża. Wiele z tych parków pozostało do dziś i choć zdziczałe i przetrzebione nadal są świadectwem tamtych szalonych pasji. Jak park krajobrazowy w Malejowcach otaczający obszerny klasycystyczny pałac mieszczący obecnie dziecięce sanatorium.

Do dawnej świetności powracają też niektóre katolickie kościoły. Oczywiście tylko nieliczne, te które przetrwały czasy radzieckie, gdy służyły jako magazyny nawozów lub hale fabryczne, które nie utraciły dachów i ścian i przy których przetrwały resztki wyznawców gotowych dziś do odbudowy.

