Sylwia wachlowała twarz błękitno-złotym wachlarzem w orientalne wzory i coraz bardziej rozpinała bluzkę, obnażając tłuszcz wylewający się z gorsetu. "Jak ta idiotka może w tym wytrzymać" - pomyślała Marta, łapiąc się na tym, że jednak mimo ohydnej sytuacji przytomnie myśli, funkcjonuje. "Chyba rzeczywiście mogę kopnąć tego śmierdziela tak, że on zmoczy majtki". Obserwowała Petera i jednocześnie przegięta do tyłu jak kotka miękko szła do Hernandeza, który wyraźnie zgłupiał.

- Lubię silnych mężczyzn, czuję się przy nich bezpieczna.

Zanim zdążył odpowiedzieć, Sylwia stanęła przed Martą, trzymając się pod boki i strzelała jak z karabinu maszynowego:

- Chcesz bezpieczeństwa, ty młoda kurewko?! Ja ci dam takie w najgorszym burdelu, że od siebie samej będziesz uciekać - poleciały wiązanki po hiszpańsku, a mężczyźni klaskali się w dłonie jak na dobrym meczu.

Chyba teraz. Odwrócona bokiem odwinęła nogę, celując niżej brzucha. Hernandez skulił się, zawył i padł na twarz. Peter związanymi rękoma uderzył pod brodę wyższego bandytę, który miękko sunął po karoserii wozu i zatrzymał na zderzaku. Zanim ten drugi chwycił za kieszeń, Peter dwa razy strzelił mu nogą w głowę, poprawił w klatkę piersiową i bandzior zacharczał krwią. Peter doskoczył do Sylwii. Za późno. Już miała w ręku mały pistolet.

- Siadaj na dupie, gówniarzu. Już!

Marta skoczyła w bok. Krzyknęła:

