Komando rychło zabrało się do dzieła i po chwili wartownia padła. Pozostało już tylko obezwładnić oficera dyżurnego i jego pomocnika, którzy drzemali zapewne za zasłoniętymi storami w swej kanciapie.

Zani wyszedł razem z Niższym, zostawiając trzech ludzi na wartowni. Wstąpił jeszcze do świetlicy i wymienił zakrwawioną bechatkę na jedną z wiszących na krześle. Sprawdził pobieżnie swój wygląd, założył kałacha na plecy, wcisnął tetetkę do kieszeni kurtki i nacisnął klamkę drzwi.

Od kanciapy oficera dyżurnego dzieliło ich około trzydziestu metrów. Zani z ulgą stwierdził, że story nadal są zasunięte. Zimny, przenikliwy wiatr działał orzeźwiająco. Zani obciągnął kurtkę i ruszył w stronę dyżurki. Za nim regulaminowo kroczył Niższy z kałachem na ramieniu. Wokół ani żywej duszy - mróz i silny wiatr dawno już zapędziły wszystkich do ciepłych budynków. Zani przypomniał sobie, że w ten sam sposób Jerzy Waszyngton zaskoczył heskich najemników pod Trenton. Teraz, dwieście lat później, historia się powtarza...

Dotarli na miejsce i Zani nacisnął klamkę drewnianych drzwi. Weszli do wąskiego korytarzyka, na końcu którego, po lewej stronie, znajdowało się wejście do dyżurki.

Pokój, ciepły i mroczny, wyglądał całkiem przytulnie. Zani nie spodziewał się tego po surowym wojskowym wnętrzu. Na biurku paliła się tylko mała lampka. W obrotowym głębokim fotelu drzemał gruby oficer - zapewne dyżurny. Zani dostrzegł w półmroku dystynkcje pułkownika. Obok na drewnianym krześle siedział pomocnik - podchorąży z trzeciego czy czwartego rocznika - i rozwiązywał krzyżówkę. Czynność ta pochłonęła go w takim stopniu, że tylko przelotnie spojrzał na Zaniego i Niższego, po czym kontynuował wpisywanie literek w kratki. Zani spodziewał się raczej standardowego zdziwienia, gdy tymczasem spotkał się z kompletną ignorancją. Niższy smarknął dość hałaśliwie i pomocnik z grymasem szczerej niechęci oderwał się od krzyżówki. Rozcierając zmęczone oczy obiema dłońmi, rzucił:

