Zarżały konie, zagrzmiała podkowa. Trzej to rycerze jadą wzdłuż parowa; Zjechali, stają — a pierwszy z rycerzy Krzyknie i w trąbkę mosiężną uderzy; Uderzył potem raz drugi i trzeci — Strażnik mu baszty rogiem odpowiada — Brzękły wrzeciądze, pochodnia zaświeci I most zwodzony z łoskotem opada.

Na tętent koni zbiegli się strażnicy, Chcąc bliżej poznać i męże i stroje. Pierwszy mąż jechał w zupełnej zbroicy, Jaką zwykł Niemiec przywdziewać na boje; I krzyż miał czarny na białej kapicy, I krzyż na piersiach u złotej pętlicy, Trąbkę na plecach, kopiję u toku, Różaniec w pasie i szablę u boku.

Poznali męża Litwini z tych znaków, Więc cicho jeden do drugiego szepce “To jakiś urwisz od psiarni Krzyżaków, Tuczny, bo pruską krew codziennie chłepce. O, gdyby nie był nikt tu więcej z warty, Zarazby w bagnie skąpał się ten plucha, Aż pod most pięścią zgiąłbym łeb zadarty!” — Tak oni mówią; on niby nie słucha, Lecz musiał słyszeć, bo się bardzo zdumiał, “Książę jest w zamku?” — “Jest, lecz o tej porze Bardzoście wasze poselstwo spóźnili; Dziś nie możecie stawić się we dworze, Chyba na jutro”. — “Jutro? Ani chwili! Zaraz, natychmiast, choć w spóźnioną porę, Litaworowi o posłach donieście; Niebezpieczeństwo na mą głowę biorę, A wy dla znaku pierścień tylko weźcie! Nie trzeba więcej: skoro ujrzy godło, Pozna, kto jestem i co nas przywiodło”.

